19.7.18

Od Ballocha "Nasiona Maku" cz.2

- Kim jesteś?- zadała to pytanie, lustrując mnie swoim młodym wzrokiem.
- Ja jestem... - zamilkłem. Nie wiedziałem co powiedzieć w tej kuriozalnej sytuacji. Suczka czekała, aż dokończę zdanie.
- Jestem alfą pobliskiej sfory. - dokończyłem wreszcie.
- Wiem. - zrobiłem zdziwioną minę, gdy samice wypowiedziała te słowa.
- To dlaczego się o to spytałaś?
- Z grzeczności. Wysyłasz tu dużo patroli, więc z czasem zorientowałam się, że musisz tu być sfora. - westchnęła. Przez ten cały czas trzymała w łapach koszyk, z którego wypadały kwiaty, przez ich nadmiar. Spojrzałem na dom. Dlaczego ta dziewczyna w nim mieszka? Przecież mogła się przeprowadzić do Freedom Forest, a nie trwać w takich surowych warunkach.
- Dlaczego nie przeniosłaś się do Freedom Forest?- zapytałem wreszcie. Nieznajoma nie odpowiedziała. Jedynie poprawiła sierść na swojej głowie i uśmiechnęła się cwanie. W mojej głowie rodziły się następne pytanie, a jedno z nich było chyba najbardziej kluczowe spośród nich wszystkich - "Kim ona jest?". Młoda suczka ominęła mnie swobodnym i lekkim ruchem i weszła do swojego domu. Przez cały czas na nią patrzyłem, dostrzegając coś bardzo, ale to bardzo znajomego, jednak równocześnie cholernie obcego. Gdy samica przeszła przez próg odwróciła się w moją stronę. Jej oczy biły intrygującym blaskiem.
- Żegnaj. - powiedziała swoim słodkim głosem, chcąc zamknąć drzwi, jednak przeszkodziłem jej w tej czynności, chwytając framugi.
- Powiedz mi kim jesteś. - powiedziałem, nie kryjąc zaciekawienia tą drobną istotą. Suczka przełknęła ślinę i spojrzała mi w oczy.
- Wołają na mnie Chloe. - powiedziała szybko, a po chwili, jakaś bliżej nieokreślona siła odciągnęła mnie od drzwi. Nawet nie ruszyłem łapami. Coś silnego pociągnęło mnie w tył na pół metra. Wtedy Chloe zamknęła drzwi. Jedyne co po tym usłyszałem to nerwowe kroki, wskazujące na bieg. Zaskoczony od razu podbiegłem do najbliższego okna i zacząłem obserwować.
Widziałem jak suczka biega od ściany, do ściany zbierając przy tym jakieś tajemnicze przedmioty. Nie byłem do końca pewien, ale przed oczami mrugnął mi lisi ogon. Tylko ogon. Odcięty i lekko wysuszony. Na ten widok natychmiast odskoczyłem od okna. Dookoła siebie wyczułem dziwną aurę. Coś kazało mi stąd odejść, ale sam nie miałem pojęcia którędy mam biec do sfory. Poczułem jak coś wbija mi się w plecy. Nic ostrego, bardziej tępego, jakby ktoś z całej siły chwycił mnie łapą za skórę na plecach. To coś pociągnęło mnie przez parę kilometrów lasu, po czym puściło.
- Co jest..?!- krzyknąłem w szoku. Pod wpływem adrenaliny wstałem i obejrzałem swoje ciało, czy przypadkiem się nie zraniłem. Pustka. Nic mi nie było. Spojrzałem w stronę lasu. Wiedziałem, że musiałem to zbadać. Jak najprędzej i będą mi do tego potrzebni współpracownicy.
Zacisnąłem kły i ruszyłem w stronę Freedom Forest, szukać kogoś, kto może mi pomóc i wraz ze mną dowiedzieć się kim na prawdę jest Chloe.

Ktoś się skusi na przygodę życia wraz z Ballem?

18.7.18

Zakup eliksiru!

Balloch kupuje eliksir Kocich Masek i używa go w połowie, tym samym zmieniając zdjęcie w formularzu.
Traci 25 monet z 50!

Od Ballocha - "Nasiona Maku" cz. 1 [zadanie #9]

Promienie letniego słońca bezlitośnie darły się pod moje zamknięte powieki, drażniąc moje nie wyspane oczy. Powoli otworzyłem ślepia, przecierając prawe z nich łapą. Spojrzałem przez okno, niechętnie przekrzywiając głowę w stronę szyby. Pogoda była... Po prostu typowa dla lata. Słońce dokazywało swoim światłem i ani jednej chmury na nieboskłonie. Samo niebo było soczyście niebieskie. Po krótkiej chwili wstałem z łóżka, rozciągnąwszy wszystkie kończyny ruszyłem do kuchni, aby tam spożyć śniadanie.
~***~
Właśnie kończyłem dopijać swoją poranną kawę, gdy na stole zauważyłem kartkę papieru. Zaciekawiony podszedłem do niej i pochwyciłem ją w wolną łapę.
Certyfikat mianowania na Deltę
Takie słowa były wypisane ozdobną czcionką na samej górze kartki. Odetchnąłem i poszedłem z kawałkiem papieru do gabinetu. Odłożyłem świstek na moje biurko, uprzednio sprawdzając, czy nie trzeba na nim niczego podpisać, czy odhaczyć. Na szczęście nie musiałem się fatygować po pióro. Wyszedłem z pomieszczenia, na nowo wracając do kuchni. gdy tam się znalazłem jedynie odłożyłem kubek po kawie i znowu wyjrzałem przez okno. Nic ciekawego nie zobaczyłem, ale mimo to wyszedłem na zewnątrz.
Poranek był na prawdę gorący, aż się zdziwiłem, że taka temperatura jest możliwa na terenach Freedom Forest. Z tego względu uznałem, że miłą odmianą będzie mała przechadzka w stronę lasu. Nie tracąc cennego czasu od razu tam ruszyłem. Po drodze mijałem znajome psy, które kiwały mi głową na przywitanie, bądź otwarcie mówiły "Dzień dobry, Ball.", na co natychmiastowo im odpowiadałem. W końcu dostałem się na upragniony teren. Od razu poczułem lekki chłód na karku.
~***~
Nie wiem, jak długo zajęło mi chodzenie po lesie FF, ale wiem jedno - byłem nie uważny i zabłądziłem. W pewnym momencie zatrzymałem się na polanie. Szczerze mówiąc to chyba widziałem ją tu pierwszy raz. W każdym razie - do moich uszu doszedł dziwny dźwięk. Ktoś śpiewał. Chwila. Jak to? Przecież nikt tu nie mieszka, chyba... A co jeśli jednak? Zacząłem nasłuchiwać i powoli kierować się w stronę dźwięków. Czułem, jak głos się nasila, czując jego barwę mogłem stwierdzić, że śpiewa młoda suczka. Zatrzymałem się gwałtownie, patrząc uważnie przed siebie. Stałem właśnie przed jakąś ruderą. Tak, jakiś stary, drewniany dom stał w środku lasu, a ja NIC o tym nie wiem. Przełknąłem ślinę. Trochę mnie ten widok zaniepokoił, ale mimo lekkiego strachu postanowiłem zbadać ta całą sytuację. Wszedłem na ganek, który zareagował leniwym skrzypnięciem. Syknąłem cicho, bojąc się, że nagle przybędzie właściciel domu i posądzi mnie o włamanie. Jak się okazało po chwili... Samego domownika nie było w ruderze. Rozejrzałem się dookoła, żeby upewnić się, że nikt na mnie nie patrzy. I nie patrzył... Jednak mi coś przemknęło w oku. Niedaleko domu chodziła ów suczka, która kilka chwil temu raczyła mnie swoim śpiewem. Teraz po prostu mruczała jakąś melodię i zbierała kwiaty. Znieruchomiałem, patrząc na nią. Nie należała do dużych psów, ani do jakiejś rasy... Miała jasny kolor sierści i smukłą sylwetkę. Nagle ona również się zatrzymała w swojej czynności, a jej prawe ucho lekko zadrżało. Chyba mnie wyczuła. Powoli odwróciła się w stronę swojego domu, gdzie w obecnej chwili stałem ja.
- Cholera. - szepnąłem do siebie, a samica podeszła do mnie lekkim krokiem, wpatrując się we mnie jak w obrazek. Miała ogromne, złote oczy.

C.D.N
Akceptacja!
Zyskujesz 40 monet!

Nowy administrator!

Uznałam, że nie będę czekała do końca wakacji, więc znalazłam już teraz osobę chętną do pomocy nad blogiem.
Menrui została mianowana administratorką Freedom Forest! Z tej okazji otrzymuje również najnowszą rangę hierarchiczną - Deltę.
Powitajmy naszą nową samicę delta brawami.
~
Jednak Menrui nie była jedyną osobą, która zgłosiła się do adminowania ana blogu. Była również Rose, która na chwilę obecną jest nieaktywna. Uznałam, że głupio by było zostawić ją tak bez niczego, więc w zamian za fatygę jej wszystkie postacie dostają po 5 monet.

~Jalo

17.7.18

Cedric!

IMIĘ: Cedric
*PSEUDONIMY: Większość mówi na niego Ced i na to imię również reaguje, jednak, jak zawsze powtarza "nazywa się Cedric", więc tak powinno się na niego wołać.
PŁEĆ: Samiec
WIEK: 3 lata 
*ORIENTACJA: Heteroseksualizm 
*GŁOS: Adam Jones
RANGA: Wojownik, sprzedawca
WYGLĄD:
  • Rasa: Mieszaniec husky i owczarka szwajcarskiego. 
  • Wielkość: 56 cm w kłębie i 31 kg. 
  • Umaszczenie: Biały 
  • *Aparycja: To lekkiej budowy pies o dosyć smukłej sylwetce nadającej mu szybkość i zwinność. Jego futro jest bardzo gęste i średniej długości, dzięki niemu Ced wygląda (w miarę możliwości) dostojnie. Posiada długie nogi, dzięki którym jest jeszcze szybszy oraz puszysty ogon. Ma proporcjonalną głowę, stojące uszy, dosyć duże, błękitne oczy otoczone czarnymi obwódkami. 
  • Umiejętności: Cedric jest bardzo szybki i dobrze się wspina. Cechuje go przeciętna siła, jednak odpowiednia do samca. Dobrze pływa. Szczyci się dużą wytrzymałością na zimno. 
  • *Znaki szczególne: Cedric ma długie nogi, przez które jego chód jest dosyć charakterystyczny. Nie jest jakiś dziwny, jednak zazwyczaj nowo poznane osoby zwracają na niego uwagę, ponieważ jest nietypowy. Ced wyjątkowo wysoko podnosi łapy, jak gdyby przebijał się przez połacie śniegu. Myślę, że za jego cechę szczególną można też uznać kolor jego oczu i czarne obwódki wokół nich.
CHARAKTER: Cedric to pozornie zupełnie normalny pies o pospolitym charakterze (o ile takie w ogóle istnieją). Lubi towarzystwo innych, jest pracowity i uprzejmy. Pomaga innym, potrafi żartować. Uwielbia całymi dniami siedzieć w swoim sklepie (często jest wzywany do Alei Sklepów do pracy w różnych placówkach, ale posiada również własną, w której sprzedaje najróżniejsze rzeczy), układać towary na półkach i gawędzić z klientami. Ćwiczenia w wojsku też sprawiają mu przyjemność. Może wtedy spotkać się z innymi wojownikami i pracować nad swoją kondycją. Zewnętrznie jest dla innych pospolitym, wesołym i przyjacielskim psem, którego po prostu da się lubić. Jednak wielu mieszkańców sfory dostrzega w nim pewną inność, czy też dziwność lub tajemniczość. Posiada on bowiem pewną wyjątkową umiejętność. Potrafi dostrzegać piękno. Pewnie większość z was w tej chwili zaprzestanie czytania lub weźmie Ceda za kluchy z olejem. Jest to dysyć ciężko wytłumaczyć, więc zachęcam do czytania opowiadań, aby lepiej zrozumieć istotę Cedrica. Postaram się jednak jak najlepiej ją przybliżyć. Idąc przez las podczas ulewy lub w środek nocy, lub podczas słonecznego dnia, Ced nie może przestać się zachwycać. Żyje zachwytem i jest nim jednocześnie. Mógłby całymi dniami chodzić i się przyglądać, usiąść, zamknąć oczy i żyć w połączeniu ze światem. Bo jest on cudownym miejscem. Ten pies jest świadomy bólu i cierpienia w jakim żyją całe tysiące, ale jest też przekonany, że to my sami robimy sobie krzywdę. Natura i świat nie ma z tym nic doczynienia. Widzi jednak też piekno w innych osobach - wewnętrzne i zewnętrzne. Niektórzy mogliby go nazwać filozofem, a i to nie jest do końca kłamstwem, chociaż też nie do końca prawdą. Będąc w naturze odczuwa wszystko dużo bardziej niż inni. Każdą kroplę deszczu na jego futrze, promienie słońca przebijające się przez liście, szum wody, zieleń trawy, powiew wiatru. To wszystko nie odstępuje go i przez cały czas dociera do niego tyle czynników. Bardzo ciężko jest mu wrócić do domu czy sklepu, mimo, że w tam też kocha przebywać. Ponieważ piękno natury jest o wiele większe niż piękno rzeczy sztucznych. Nie żyje jednak tylko w tej krainie baśni jaką jest jego umysł. Jest bowiem niezwykle uświadomiony, jeżeli chodzi o to, co w życiu i innych jest złe. Może wydać się melancholijny, ale w rzeczywistości czuje motywacje, która tak bardzo pcha go w stronę przygód i heroizmu. Niestety jak sam wie, raczej nie może ich osiągnąć. Nie może zostawić wszystkiego i ruszyć w świat lub też wywołać wojnę, aby móc się poświęcić, aby zniszczyć sobie życie, a ocalić innych. To dość skrajne emocje, które wypełniają go stale. Tak naprawdę Ced sam nie wie jak zachowałby się w niebezpieczeństwie, gdy potrzebny byłby ktoś odważny. Być może by stchórzył. Sam tego nie wie. Osoby poznaje się naprawdę dopiero w chwili, gdy trzeba zrobić coś z poświęceniem, jak sam często mówi. Nie wie jak zachowałby się naprawdę, ponieważ raczej nie ma styczności z niebezpieczeństwem na codzień. Jest świadomy swoich wad, tego jaki jest roztrzepany, często się zamyśla. Po prostu na razie żyje w swoim pięknym, choć nieidealnym świecie. I stara się być tak samo pięknym jak on, aby inni dostrzegli coś więcej niż płacz i strach przed jutrem.
RODZINA: 
  • Rodzice: matka - Blaithin, ojciec - Labraid (poza sforą) 
  • Partner: nie posiada, ale liczy, że znajdzie osobę bliską jego sercu w szczególny sposób. 
  • Potomstwo: brak
  • Reszta: bracia - Nolan, Keene; siostra - Blair; babcia - Triona; dziadek - Aidan (poza sforą) 
HISTORIA: Cedric urodził się na północy. Dorastał wśród wysokich drzew, śnieżnych polan i wielkich gór. Miał kochającą rodzinę. Uwielbiał wędrować i poznawać świat, więc pewnego razu, gdy był już dorosły, po prostu pożegnał się z tym co znał i odszedł. Wędrował bardzo długo, aż stało się to jego żywiołem. Po około roku odnalazł sforę Freedom Forest i pozostał w niej licząc na nowe znajomości i spokojne życie. No i co ja poradzę, że taka krótka, po prostu Cedric nie miał ciekawej przeszłości. Nie każdy może się pochwalić traumatycznymi przeżyciami lub niezwykłymi przygodami. Przed dotarciem do sfory Ced nie robił nic co zasługiwałoby na dłuższy opis. Nie oznacza to, że jego życie w Freedom Forest również ma tak wyglądać. Teraz się chłopak rozkręci. W opowiadaniach może będzie trochę ciekawie. Bez sensu, aż tyle słów na historię, bo i tak nikt tego nie czyta. Jest ponad 150 słów? Jest. Dziękuję i dobranoc (tutaj teatralny ukłon i kurtyna).
MONETY: Na razie posiadamy ich 10.

Od Kanalii - CD. Menrui; +12

 Ledwo ochłonęłam po śmierdzących dymach, które wydawało auto jakiegoś dziwnego kolesia, który jedyne co robił, to trąbił, a już jakiś typ zaczął pakować moją przyjaciółkę do siatki... No, przynajmniej potencjalną, wiem jedno, gdzieś w głębi zarówno mojego, jak i jej serducha iskrzy się najprawdziwsza iskierka najprawdziwszej przyjaźni, która za jakiś czas nie wytrzyma napięcia i zapali się ogień, ogień przyjaźni, cholera, to brzmi okropnie, ale... Tylko to teraz przychodzi mi do głowy, ratujmy tę iskrę, ratujmy ogień, ogień przyjaźni i czegoś, poświęćmy swoje dupsko i uratujmy czyjeś, debilko, rusz się wreszcie, nie czekaj na zbawienie, bądź bohaterem, dla kogoś, czy coś.
 Po krótkim namyśle skoczyłam na hycla i zaczęłam go gryźć. Mężczyzna syknął z bólu, nałogowo zaczęłam ściskać za szyję, jednakże w tym właśnie momencie przypomniałam sobie o jednej, kluczowej rzeczy. Już nie byłam taka jak kiedyś, fakt, jakiś nawyk jeszcze jej nie przeszedł, ale mimo wszystko lekkie, lecz póki co niezbyt groźne ściśnięcie spowodowało, że Menrui uwolniła się z siatki. Puściłam hycla, groźnie kłapiąc zębami, po czym obie pobiegłyśmy w przeciwną stronę. Hycel mocno ściskał się za łopatkę, w której wbiłam swoje zęby. Czułam w pysku smak krwi, a raczej na owych zębach, ale w tej chwili nie byłam tym wyraźnie zmartwiona.
— Dziękuję ci, Kanalio — odrzekła suczka w podzięce. Poczułam przepływającą dumę, lekką, jednakże zawsze mogłam się z niej cieszyć.
— No... Nie ma za co — nie miałam pojęcia, co teraz powiedzieć. Nigdy jeszcze nie ratowałam czyjegoś życia, nie, to działało wręcz przeciwnie, samo moje imię wskazywało na to, czym się zajmuję. Po starcie pamięci, ilekroć je usłyszałam zastanawiałam się, dlaczego tak się nazywam. Czy to tylko może taki przydomek? Taka głupia ksywka? Może żart moich rodziców? Wiadomość o tym, że byłam mordercą mi nie przeszkadzała, ale nie chciałam już wieść nędznego życia w samotności i dwójką klnących jak chuj dzieci.
 Idąc, niemalże na ślepo poczułam uderzenie gorącej skóry oraz czegoś w rodzaju bawełny. Popatrzyłam w górę i dostrzegła dziecko, a raczej dziewczynkę, około siedmio, czy tam ośmioletniej. Miała bluzkę z jakimś dziwacznym nadrukiem przedstawiającym konia z rogiem i parą skrzydeł, jej morda była zaokrąglona a sylwetka smukła. Otworzyła paszczę, z której wydobywał się prawdziwy swąd, a po chwili zadarła się, i to w dodatku tak głośno, że prawdopodobnie usłyszała to cała ulica:
— MAAMOOOOO!!
— Sklej mordę, nie tak głośno.
— Kanalio, nie tak wulgarnie — podsumowała Menrui.
 Dziecko starało się podnieść moje czterdziesto pięcio centymetrowe ciało jednakże była zbyt słaba i nie podołała temu zadaniu. Lekko pisnęłam.
— Ugryź ją! — krzyknęła Menrui.
— Nie zabiję dziecka! — zaprotestowałam.
— Nie musisz mocno, wystarczy, żeby cię puściła!
 Słowa Menrui w dużym stopniu przekonały mnie do tego czynu. Dziecko, prawdopodobnie niechcący przygwoździło moją łapę do swojej klatki piersiowej, po czym w znacznym stopniu ją wygięła. Bolało, ale mimo tego ugryzłam dziecko w łapsko. Dziewczynka zaczęła płakać, ale po chwili znów była na nogach i zaczęła nas ścigać. Nie było to trudne, bo przez tego matoła zaczęłam lekko kuleć i mój ruch był znacznie spowolniony, na szczęście, czy też nieszczęście z domu wybiegła jej mama, która zaczęła ją ścigać.
— Wracaj tutaj! — krzyczała.
— Nie! Ja chcę pieska! — jej ton był bliski płaczu.
— Pieska możemy kupić, chodź!
 Dziewczynka zaczęła płakać, ale wróciła do matki. Menrui warknęła na dziecko, każąc mu stąd odejść. A my już po chwili byłyśmy w parku, siedząc pod ławką i rozmawiając o dziwnym dziecku.
— To była dzika akcja — rzekłam — najpierw ten dziwny koleś, a później to chore dziecko...
 Moja towarzyszka lekko pokiwała głową. Byłam nieco zniesmaczona tym, że tutaj jestem. Pierwsze chwile wśród ludzkiej cywilizacji, a już zwariowane przygody z ludzką rasą.
— Ale wiesz, może powinnyśmy już wracać...
— Dlaczego? — spytała Menrui.
— Dlatego, że ledwo tu przyszłyśmy, atakuje nas psychiczna rada ludzka.
— Oj, daj spokój — prychnęła arogancko — przecież nic się nie stanie.
 Postanowiłam już nic więcej nie mówić. Siedziałam pod ławką, patrząc na zachodzące powoli słońce. Menrui też wpatrywała się w nieboskłon. Doskonale wiedziałam, co miała na myśli, gdy wbiła we mnie wzrok.
— Nie... —
— Tak. — szybko odpowiedziała — Kanalio, przenocujmy tutaj.
— Coś cię chyba... —
— Nie, nic mnie nie boli, no... Co w tym złego?
— To, że za chwilę przyjdą tutaj jacyś dziwni ludzie.
 Menrui wpatrywała się we mnie arogancko. Już sama nie wiedziałam, co wybrać. Wolałabym, gdybyśmy wrócili, ale coś sprawiało, że teoretycznie mogłam się zgodzić.
— No zgoda... Ale tylko raz.

Menrui? Nie komentuj. Pisane z telefonu .-.

16.7.18

OD Nairobi - CD Menrui

Badanie nie było długie i choć sama jego forma nie była w żaden sposób nieprzyjemna, tak towarzystwo samicy w dalszym ciągu sprawiało, że czułam się nieswojo. Zeszłam ostrożnie z kozetki, uważając na wszelkie rozłożone w pobliżu sprzęty. Szybkim krokiem ruszyłam do wyjścia, jednak kilka centymetrów przed nim zatrzymałam się. Przez cały ten czas Menrui stała w miejscu, patrząc się na mnie z uśmiechem. Miałam ochotę jak najszybciej uciec (wszak było jeszcze wcześnie, jeśli wyszłabym z gabinetu teraz istniałyby duże szanse, iż nie spotkam nikogo po drodze) coś jednak trzymało mnie. Pomyślałam kilka sekund, jednocześnie ponownie lustrując wzrokiem pomieszczenie. Ach tak - w głębi duszy odczuwałam pewną powinność. Zazwyczaj za badanie bądź inną usługę dziękuje się. Gdyby nie mój lęk przed odezwaniem się, zapewne bym tak zrobiła. Menrui była lekarką, a więc przebadanie mnie poniekąd było jej obowiązkiem, jednak należało jej się za to chociażby dobre słowo. Powinnam się z nią również pożegnać. Choć, biorąc pod uwagę, że nawet się nie przywitałam - nie było to aż takie niezbędne. Mimo tego postanowiłam zwalczyć strach.
-Dziękuję - wyjąkałam niepewnie, wlepiając wzrok w ziemię.
Chwilę potem, trochę wbrew sobie, wyprostowałam się i podniosłam łeb do góry. Następnie nawiązałam z nią krótki kontakt wzrokowy. Było to dla mnie jednak za dużo - wlepiłam więc wzrok w zegar za nią, aby miała chociaż iluzję, iż ją obserwuję. 
-Bardzo dziękuję za wizytę - powtórzyłam, tym razem z większą mocą w głosie. 
Samica uśmiechnęła się jeszcze szerzej (nie pomyślałabym, że przy jej wcześniejszym, radosnym wyrazie pyska było to w ogóle możliwe) i kiwnęła łbem.
-Ja również dziękuję. Byłaś dobrym pacjentem! - powiedziała z entuzjazmem. 
Delikatnie zaśmiałam się pod nosem. "Dobry pacjent" zabrzmiało dosyć żałośnie, jakby przyrównywała mnie do szczeniaka pierwszy raz odwiedzającego gabinet. Właściwie wiedziałam, że nie miała tego na myśli. Niefortunny dobór słów. 
-Starałam się - odparłam cicho, tym razem pilnie przyglądając się wieszakowi. 

<Menrui? Przepraszam za długość odpisu, dosyć marny. >